Skok na bungee

Nie samą java człowiek żyje i czasem robi coś innego. A tak właściwe to coś całkiem szalonego a mianowicie skacze na bungee. Było to moim wielkim marzeniem i udało mi się je spełnić.

Na skok bungee wybraliśmy się do Zakopanego. O niczym nie wiedziałem do momentu gdy przede mną ukazał się dźwig.

z tego się skacze

z tego się skacze

Dla mnie to był prawdziwy szok i nie wiedziałem co się dzieje. Po chwili skoczył pierwszy śmiałek, którego widziałem. I z dołu skok wyglądał niesamowicie. Jeszcze strachu nie czułem i byłem zdecydowany. Krótki postój w kolejce bo chyba 3 osoby były przede mną. Ściągnięcie butów, opróżnienie kieszeni z wszystkich rzeczy i ważenie. Po chwili bardzo mocno wiązanie nóg do uprzęży. Osoba przede mną szczęśliwie wylądowała i kosz był na ziemi.

mała klatka z której ucieczka jest tylko w jedną stronę...

mała klatka z której ucieczka jest tylko w jedną stronę...


Podczas wchodzenia do kosza już czułem się niepewnie, więc po chwili spojrzałem w górę.
co ja robię tu

co ja robię tu


I strach mnie obleciał. Z innej perspektywy to nie wydawało się takie straszne i wysokie a tutaj pionowo w górę. Mimo tego, że jeszcze byłem na ziemi to już się kurczowo trzymałem.

W końcu klatka się unosi i powoli jedzie w górę…
P1030835

i wyżej

...wyżej...


...jeszcze wyżej...

...jeszcze wyżej...


... i w końcu stop - 90m nad powierzchnią

... i w końcu stop - 90m nad powierzchnią


Wyjazd w górę nie trwał długo ale ta oddalająca się ziemia robiła wrażenie. Po zatrzymaniu na wysokości 90 metrów nad ziemią spojrzałem w dół i się przeraziłem, ludzi nie widziałem. Wielka przepaść pode mną a ja mam skoczyć. Dobrze, że z tej wysokości był cudowny widok na Zakopane i Tatry z Giewontem prawie na wyciągnięcie ręki. Troszkę to umorzyło strach. I ja się bałem jak spojrzałem w górę z dołu. Porównanie tego z widokiem z góry w dół to było nic.

W końcu klatka została otwarta i jeden krok w …

... w stronę przepaści

... w stronę przepaści


Spojrzenie w dół, może przyprawić o zawał ale szybkie spojrzenie na Tatry i kilka głębokich wdechów trochę poprawiają sytuację. Słyszę odliczanie, które bardzo długo się ciągnie.
3…2…1…BUNGEE…

i

żegnaj życie

...żegnaj życie


...spadam...

...spadam...


...jednak nie...

...jednak nie...


...ja latam

...ja latam


whooooooooooaaaaaaaaaaaauuuuuuuuuuuuuuuuu

whooooooooooaaaaaaaaaaaauuuuuuuuuuuuuuuuu

Tylko gdy zrobiłem krok do przodu w 90 metrową otchłań cały strach zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pojawiło się takie cudowne, wspaniałe, niesamowite uczucie, na które po prostu brak słów, którymi można to opisać. Spełnienie marzeń. Po prostu ja latam. Najwspanialsze uczucie jakie do tej pory przeżyłem. I ta pierwsza faza lotu, gdy spada się swobodnie, guma nie jest naprężona i szybko nabiera się prędkości. Po prostu to trzeba przeżyć samemu. Nie wiem czy leciałem długo czy krótko, z dołu lot trwa kilka sekund. Pamiętam, że miałem oczy otwarte ale nie mogę sobie przypomnieć co widziałem. Widok był tutaj najmniej ważny i chyba mózg nawet tego nie rejestrował. W głowie była pustka, oprócz jednego. Od tego, że latam i że jest to fantastyczne uczucie.
Po osiągnięciu maksymalnego naciągu liny na chwilę się zatrzymałem w powietrzu i mogłem krzyknąć whooooaaauuu. By odbić się w górę. Takich odbić zanim kosz zaczął opadać było kilka i nie czułem żadnego szarpnięcia. Te 2-3 pierwsze zapewniały jeszcze fazę lotu i też nie mam pojęcia w jakiej byłem pozycji. W końcu zacząłem opadać w dół, ciągle się odbijając. I zbliżał się do mnie niebieski materac na, którym musiałem wylądować.

znów na ziemi

znów na ziemi


Po skoku byłem cały roztrzęsiony, nogi miałem jak z waty ale niesamowicie szczęśliwy. Euforia, stan podniecenia utrzymywały mi się przez cały dzień, jak to pisze to te wszystkie emocje wracają. Do tego udało mi się zagadać moją dziewczynę, w ogóle nie dopuszczając jej do słowa. To jest niezapomniane przeżycie, o którym będzie się opowiadało zawsze z wypiekami na twarzy i już się nie mogę doczekać następnego skoku. Również ważny jest stosunek ludzi z dołu, którzy patrzą na Ciebie z podziwem i po skoku mówią, że gratulują i podziwiają bo sami nigdy by nie skoczyli. Taki dialog z chłopczykiem w wieku wczesnoszkolnym:

chłopczyk: Proszę pana, jak było?
ja: fajnie.
chłopczyk: Nie bał, się pan bo to jak 3 moje bloki.
ja: bałem się.

Skok na bungee jest całkiem bezpieczny, nie czułem żadnych szarpnięć, byłem mocno przywiązany. Jedynie to na następny dzień trochę mnie bolały mięśnie brzucha z rozciągnięcia.

Na koniec taka drobna pigułka organizacyjna. Skok odbył się w Zakopanem, pod Gubałówką (na wprost dolnej stacji kolejki). Organizatorem jest firma mario. Koszt skoku do 120 zł, ale dla tego lotu z 90 metrów było warto. Żałuję, że nie dałem dodatkowych 20 złotych na zdjęcia robione przez instruktora z góry. Dodatkowo była miła i fachowa obsługa, która potrafiła zmniejszyć strach. Po skoku dostaje się certyfikat potwierdzający.
P1040123

Czy skoczyłbym jeszcze raz? Jak najbardziej tak. Czy strach byłby wtedy mniejszy? Myślę, że nie. Przeżycia są niesamowite i naprawdę warto. Więc jeśli ktoś chce skoczyć niech to zrobi przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Formatowanie kodu w wordpressie

W moich notkach pojawia się dużo kodu źródłowego, który niestety nie wygląda zbyt dobrze. Bo o ile lepiej się czyta kod, który jest dobrze sformatowany, ma podświetlanie składni. Od razu wszystko dobrze widać i nie trzeba się przedzierać przez tekst.
I miałem problem z znalezieniem dobrej metody, która by zapewniała przyjazny wygląd kodu. Przypuszczam, że jeszcze wiele osób nie może sobie z tym poradzić. Jednak Chlebik znalazł rozwiązanie tego problemu. A wygląda ono następująco:

[ sourcecode language='java' ]
Twój kod
[ /sourcecode ]

gdzie w właściwość language wstawiamy dowolny język z tych, które można znaleźć na stronie pomocy wordpressa.

Uwaga należy usunąć spacje po nawiasach otwierających i przed zamykającymi.

Podsumowanie roku

Dawno nie pisałem nic bo niestety w firmie terminy goniły a nie miałem czasu, siły aby coś napisać. Teraz zrobię trochę ekshibicjonizmu (pewien eksperyment) i trochę późne ale jednak podsumowanie roku.

Zeszły rok był chyba najważniejszy, jak na razie, w moim życiu. Jaka zmiana nastąpiła w moim życiu niech świadczy fakt, że rok przywitałem w całkiem innym towarzystwie i całkiem innym miejscy niż go pożegnałem. Ale do rzeczy.

Pierwsza połowa roku upłynęła mi napisaniu pracy dyplomowej. Najciekawsze w tym jest to, że nie mając zielonego pojęcia o javie, tą pracę pisałem z wykorzystaniem jee. Z perspektywy czasu nie żałuję tego wyboru ale na pewno napisałbym tą pracę w tej chwili inaczej i więcej rzeczy bym wykorzystał (hibernate, jsf, gwt… może nic z tego albo coś całkiem innego). Jeśli mi czas pozwoli i nie będę miał natłoku innych zajęć, to może to napiszę. Przy okazji nie wyobrażam sobie abym mógł programować w c, c++ i ewentualnie php.

Ciekawym miesięcznym epizodem była praktyka i ludzie których tam poznałem. Może pod względem czysto informatycznym zbyt wiele sie nie dowiedziałem, oprócz opanowania do perfekcji instalacji windowsa (koło 15 razy) ale parę rzeczy się dowiedziałem i nie zaciekawiły. Poznałem tam wspaniałe narzędzie, które może uratować nasz system – hirens’s bootCD, miałem styczność i mogłem się trochę pobawić systemem SCADA, od którego poprawnego działania był zależna większość mieszkańców Tarnowa.

Również w tym półroczu zakończyłem ostatecznie swój związek. Mimo tego, że były próby tego ratowania już wcześniej ale czasem pewne słowa zadają większe rany niż ostrza. Tak uważam, że to trwało zbyt długo. Było, minęło i znowu odzyskałem szczęście o czym za chwilę.

Nadszedł czerwiec, praca dyplomowa już napisana i czas na obronę. Zawsze mówiłem, że na początku był chaos a później powstała moja uczelnia. Cała obrona była zorganizowana na wariackich papierach od momentu zdania pracy do instytutu, gdzie był tylko tydzień do obrony, po nie poinformowanie promotora o terminie obrony i przydzielenia na zastępstwa, kogoś kto wykładał na całkiem innym kierunku i o jego przedmiocie mieliśmy tylko wspomniane w kilku zdaniach. Przez cztery lata do różnych dziwnych rzeczy sie przyzwyczaiłem, więc jakiegoś większego wrażenia to na mnie nie zrobiło. Sama obrona minęła dosyć spokojnie i oczywiście pozytywnie. Jednak uścisk dłoni najbardziej zakręconego Profesora z jakim miałem styczność ale jednocześnie prawdziwego pasjonata pozostanie w pamięci. Celowo napisałem profesora przez duże P bo zasługuje on jak najbardziej na ten tytuł.

Nadeszło lato, można powiedzieć takie ostanie beztroskie, studenckie, dziecięce wakacje. Podczas nich nigdzie się nie śpieszyłem, leniłem, dobrze się bawiłem. Czas sielanki, która już się nie powtórzy.<ekshibicjonizm mode on>Również w lipcu poznałem pewną cudowną i wspaniałą dziewczynę, z którą czuje się jak w niebie, z którą mogę rozmawiać o wszystkim i tematy są jak rzeka, nigdy się nie kończą, z którą znowu poczułem się szczęśliwy i którą mocno pokochałem. Jeśli to kochanie kiedykolwiek przeczytasz, dzięki, że jesteś.</ekshibicjonizm mode off> Także w lecie zaczęło się powolne myślenie o przyszłości, co mi los przyniesie i do którego miasta mnie rzuci, bo na 90% było pewne, że nie zostanę w Tarnowie.

Właśnie od września wylądowałem w Krakowie o czym była już notka jak się tu znalazłem. Więc teraz moje życie wygląda tak praca-mieszkanie, czasem gdzieś wyjdę a w weekendy spotkania z moim kochaniem. Nie narzekam na nic tylko mam nadzieję, że ten rok będzie również udany jak poprzedni.

Szalony tydzień

Ten tydzień przeżyłem na bardzo wysokich obrotach. O ile jeszcze poniedziałek i wtorek były w miarę normalne to końcówka już nie za bardzo.

W środę dowiedziałem się, że w ten poniedziałek czyli jutro jest spotkanie z klientem a nim prezentacja tego modułu, za który ja odpowiadam. W ten dzień jeszcze trochę mi brakowało do skończenia tego ale praca pod presją czasu działa na mnie mobilizująco. Przy okazji podpisałem nową umowę o pracę, więc pewna stabilizacja na rok. Pracę skończyłem o 17 i miałem sporo czasu na pociąg bo prawie półtorej godziny. Więc spokojnie powinienem zdążyć ( a pracuję w południowej części Krakowa) , łącznie wejściem do domu aby zabrać kilka rzeczy. Wsiadam w tramwaj i spokojnie sobie jad, kiedy rozlega się w głośniku głos kierowcy, że na moście Grunwaldzkim był jakiś wypadek i tramwaje tamtędy nie jeżdżą, tylko jakieś autobusy będą podstawiane.
Sytuacja staje się dla mnie nie ciekawa bo ponad kilometr muszę do domu dojść, szybko zabrać rzeczy i liczyć na szczęście, że autobus zastępczy przyjedzie w miarę szybko. Wiedziałem, że przejeżdża obok dworca a jak jedzie to była wielka tajemnica. Jakoś się udało zdążyć na pociąg i zostałem wciągnięty przez tłum oczekujących i w bardzo niewygodnej pozycji przestałem półtorej godziny w drodze do Tarnowa.

W czwartek szybkie zaliczenie 2 cmentarzy leżących około 30 km od Tarnowa do tego po przeciwnych stronach i powrót do Krakowa tym razem w prawie pustym pociągu ale za to rozgrzanym do czerwoności. I w ten dzień Kraków mnie oczarował bo taka pustka, nikogo nie widać, nikt się nie śpieszy, po prostu magia. Na myśl mi przyszły “Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza

W piątek w pracy pojawiłem się wcześniej niż zwykle aby na spokojnie skończyć mój moduł i móc go przetestować. Niestety bardzo znana firma która, jest współwykonawcą projektu pozmieniała parę bardzo ważnych rzeczy, przez co dostosowanie tego do nas zajęło mi koło 6 godzin i już zabrakło czasu na testy. Jednak 12 godzin w pracy to dosyć sporo. Po wyjściu z pracy miałem niecałą godzinę do pociągu. To już było czyste szaleństwo. 10 minut z pracy na mój przystanek, 8 minut z przystanku do domu i z powrotem na przystanek aby móc zdążyć na kolejny tramwaj i 20 minut do dworca. Dobrze, że koło stacji można kupić jakieś jedzenie bo chyba bym umarł z głodu. Jeszcze w pociągu moje kochanie mi napisało, że ma dla mnie niespodziankę w ten dzień. Wyjść z mieszkania w Krakowie po 7, wrócić przed 19 na 2 minuty i później w domu w Tarnowie pojawić się przed 1 w nocy, zjeść obiad o tej porze i położyć się na kilka godzin snu. Aby następnego dnia móc pozałatwiać sprawy i po południu spotkać się z moim szczęściem i wrócić w środku nocy.
Miałem nadzieję, że uda mi się dziś odpocząć ale niestety też się nie udało.

Frazy wyszukiwarki

Dziś trochę statystyki a właściwie to frazy wyszukiwarki jakie prowadziły do mnie.

1.naprawa plikow z polskimi znaczkami – pozycja 18 na ok 26500 wyników w google, Idziemy na pocztę kupujemy znaczek i naklejamy.
2.krzaki naprawa 1250 – 4 na 1160, lepiej zasadzić nowe i mieć ogród.
3.ubuntu krzaczki – 12 na 867, to samo co wyżej.
4.pojutrze – 40 na 848000, to będzie sobota.
5.napisy międzynarodowa – 6 na 32600, może jakaś organizacja międzynarodowa zarządzająca napisami.
6.considerations tlumaczenie – 1 na 976, znaczy to przemyślenia ale można sprawdzić tutaj.
7.muzyka do słuchania – ojciec chrzestny – 4 na 26600, dobry wybór, można tutaj znaleźć.
8.konwersja tekstu – 6 na 1710000
9.konwerter tekstu – 17 na 1550000
10.konwersja CP-1250 iso – 30 na 510
11.konwersja tekstu na utf-8 – 2 na 16300, taka seryjka o konwersji.
12.picie z komputerem – 4 na 802000, mój faworyt. Najlepiej w dobrym towarzystwie, w ostateczności można do lustra.
13.cytaty z ojca chrzestnego książka – 5 na 22400, zaopatrzyć się w książkę.

What a small world

Przemyślenia na ten temat tej notki chodziły mi po głowie juz dłuższy czas ale dopiero rozmowa z koleżanką z pracy tak jakby mnie natchnęła do spisania tego. I chodzi o to jaki świat jest mały.

O ile Kraków jest większy od Tarnowa i o ile łatwiej tam spotkać starych znajomych niż w moim rodzinnym mieście. W Tarnowie jak wyszedłem na miasto to czasami zdarzało się, że nikogo znajomego nie spotykałem. A tutaj jak pojadę do centrum to zawsze kogoś z Tarnowa, ze studiów czy liceum spotkam. Jeżdżę do domu pociągiem na weekendy i nie zdarzyło się abym nie jechał z jakimś kolega czy koleżanką. Za każdym razem to jest ktoś inny.
Z wspomnianą wyżej koleżanką mamy wspólnych znajomych i to takich jakich bym się w ogóle nie spodziewał. Tak samo z innym kumplem z pracy i z synem pani u której wynajmuję pokój.

Do czego zmierzam, że gdziekolwiek by się nie było to zawsze się trafi na kogoś, kogo się zna i jest na to większa szansa niż w miejscu gdzie się przeżyło większość życia. I czy ten świat nie jest zbyt mały. Jestem pewien, że jakbym pojechał do Wrocławia, Warszawy, Poznania, Gdańska czy w jakiekolwiek inne miejsce w Polsce to bym spotkał kogoś znajomego.

Na zakończenie parafrazując słowa piosenki what a wonderful world zmieniam je na what a small world.

Na zdrowie (o piciu)

Wracam popołudniu z pracy, robię obiad, trochę sprzątam i siadam do kompa. Ręka sama idzie aby się czegoś napić i tu jest pytanie czego.

Od lat piję wodę mineralną i można powiedzieć, że jestem od niej uzależniony. Przez cały dzień ją piję, po łyczku i tak schodzi. Jednak nalać ją do szklanki i tak pić przy komputerze jak coś innego to nie potrafię a także zbyt szybko by się przejadła a raczej przepiła.

Może herbata byłaby lepsza od wody. Cieplutka z cytryną albo sokiem malinowym na takie zimno idealna. Więc cóż mnie powstrzymuje od picia niej? Bo jeszcze dwa miesiące temu piłem herbatę tylko na śniadanie i kolację. Można powiedzieć, że jedna szklanka więcej różnicy nie robi ale w pracy wypijam 2-3. To już by było trochę za dużo.

Kolejnym napojem była kawa. Dawniej jeśli wypiłem dwie tygodniowo to było dla mnie dużo. A odkąd pracuję to zawsze jedna w pracy a drugą robiłem w domu. Początkowo uważałem to za dobry pomysł ale gdzieś po 2-3 tygodniach zauważyłem trochę dziwne objawy na sobie. Po tej kawie czułem się padnięty i ogarniała mnie wielka senność, że już na nic nie miałem siły. Drugim niezbyt przyjemnym objawem było drętwienie lewej części ciała za co mogła odpowiadać ta kawa, wypłukując ze mnie jakieś pierwiastki. I z niej tez nic nie będzie.

Po odstawieniu popołudniowej kawy przerzuciłem się na soki owocowe. Są bardzo dobre w smaku, ale mimo tego, że nie kupuję zbyt słodkich to i tak chce się po nich pić. Po drugie trudno się nimi delektować bo bardzo szybko znikają z szklanki.

Wiem, że trudno mi dogodzić i nie wiem co mnie w końcu zadowoli, ale może teraz spróbuję tego:
Yerba Mate
Yerba Mate- Forum dyskusyjne.

Czyżby powrót (mój)?

Dosyć dawno nie pisałem tutaj. Powodami tego są najpierw lenistwo i jakiś brak chęci a później brak czasu i weny. Nawet gdzieś miałem kilka niedokończonych notek, które miałem wstawić tutaj ale tak wyszło, że wyleciało z głowy.

Mam zamiar teraz trochę częściej coś publikować a czy mi się uda to się okaże.  Na pewno pojawi się kilka notek związanych z java i moją pracą, może jakieś recenzje książek, może jakieś opisy miejsc, może jakieś moje przemyślenia, może… Tak się zastanawiam czy nie dodać tutaj tych zaległych notek czy bardziej się skupić na w miarę bieżących sprawach. To jeszcze zobaczę.

Tak na zakończenie jeśli piszecie aplikację webową w javie i działa to pod tomcatem nie jest powiedziane, że będzie działało pod jbossem .

napisy.org

Dziś tj. 17 maja ad 2007 polska policja zatrzymała bardzo “groźnych” przestępców. Kilka osób, które poświęcają swój wolny czas bez żadnego wynagrodzenia, abyśmy mogli obejrzeć film, serial z dobrym tłumaczeniem. Te tłumaczenia są wielokrotnie lepsze od oficjalnych tłumaczeń a czasami jedyną możliwością aby osoby niesłyszące mogły obejrzeć dany film a także my, jeśli chcemy obejrzeć a nie jest dostępne w Polsce.

To właśnie dzięki wam tłumaczom z napisy.org, kinomania.org, innych stron zbierających tłumaczenia oraz grupom tłumaczy filmy, seriale posiadają swój klimat. Wasze poczucie humoru, wstawki, czucie klimatu sprawia, że filmy są lepsze i bardziej ciekawsze. Dzięki Wam i róbcie tak dalej, bo nikt nie potrafi oddać klimatu jak fan dla fana.

Jeszcze tutaj cześć ustawy z dnia 4 lutego 1994 o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Art. 2.
1. Opracowanie cudzego utworu, w szczególności tłumaczenie, przeróbka,
adaptacja, jest przedmiotem prawa autorskiego bez uszczerbku dla prawa
do utworu pierwotnego.

4. Za opracowanie nie uważa się utworu, który powstał w wyniku inspiracji
cudzym utworem.

Art. 5.
Przepisy ustawy stosuje się do utworów:
1) których twórca lub współtwórca jest obywatelem polskim lub
2) które zostały opublikowane po raz pierwszy na terytorium Rzeczypospolitej
Polskiej albo równocześnie na tym terytorium i za granicą, lub
3) które zostały opublikowane po raz pierwszy w języku polskim, lub
4) których ochrona wynika z umów międzynarodowych.

Art. 6.
W rozumieniu ustawy:
1) utworem opublikowanym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został
zwielokrotniony i którego egzemplarze zostały udostępnione publicznie,
2) opublikowaniem równoczesnym utworu jest opublikowanie utworu na
terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i za granicą w okresie trzydziestu
dni od jego pierwszej publikacji.

Prawnikiem nie jestem ale z tego co rozumiem to tłumaczenia nie naruszają praw autorskich. Warto zwrócić uwagę na artykuł 5. Mogę się mylić ale jeśli w Polsce nie istnieje wydany jakiś film, serial to można legalnie tłumaczyć chyba, że jakaś umowa międzynarodowa coś o tym wspomina.

Wstępniak

Nie jest moim celem aby to ktoś przeglądał, komentował, czytał czy cokolwiek innego. Jednak jeśli ktoś znajdzie tu informacje, które mu się przydadzą to będzie mi miło. Jaką funkcję będzie pełnił ten webblog? Przede wszystkim to będzie zbiór takich informacji z których korzystam a są rozsiane po różnych stronach, w pewnym sensie kartki z notatkami.  A tematyka to IT i może czasem jakieś moje przemyślenia się pojawią.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.